Dzisiaj trochę o recyklingu.
Jako palacz doskonale rozumiem zjawisko głodu nikotynowego. I jako palacz doskonale rozumiem dreszcze ogarniające ciało i nieodpartą chęć zrobienia wszystkiego, żeby tylko zapalić. Póki co przyjrzyjmy się cenom rynkowym dotleniaczy raka:
- średnia cena paczki na dzień dzisiejszy - 7-8 zł, mowa tu o półce niższej, w której występują m.in. viceroy'e, tigery etc. etc.
- najtańsze pety - ok. 6zł (Nexty a fuj, Paramounty - klasowo coś jak viceroy)
Produkcja domowa - dotychczas - worek przyzwoitego tytoniu 250g + gilzy 250 sztuk - niecałe 40zł, odpowiednik ok. 12 paczek, czyli niecałe 4zł za paczkę. Tytoń podrożał dwukrotnie w ostatnim miesiącu, więc o tym rozwiązaniu można zapomnieć.
Do rzeczy - masz nieodpartą pokusę zapalenia, 2zł w kieszeni i żadnego kiosku sprzedającego papierosy na sztuki. Można zapukać do pięknej sąsiadki i wysępić jednego. Ale ile razy? I w tym momencie załącza się kreatywność ekologicznego człowieka.
Wymagane składniki:
1. Kultura - nie rzucaj petów gdzie popadnie, lepiej zachować je na czarną godzinę (o ile nie jarasz do gwizdka). Tym sposobem zyskujesz dodatkowe miligramy tytoniu i nie wkurwiasz greenpeace'owców.
2. Gilzy + maszynka do ubijania, albo zwykła kartka papieru (najlepiej herlitza).
Przepis:
Wydobywamy resztki tytoniu z gwizdków na czystą, równą powierzchnię. Ustawiamy ściechę i wsypujemy do maszynki/rurki skręconej z kartki papieru. I Voila!
Możemy rozkoszować się ostrym tytoniem, kopiącym po bani.
Do następnego.
niedziela, 24 maja 2009
czwartek, 12 marca 2009
Studencka Szkoła Przetrwania 1
Czyli w skrócie SSP.
Student z zasady jest istotą stworzoną na podobieństwo biedaka. Ba, zwykle niczym od niego się nie odróżnia, poza większą kreatywnością, wymyślnością - jeśli chodzi o sposoby na przetrwanie, no i rzadko kiedy pałęta się w worku po ziemniakach. Ale przyjrzyjmy się w czym ta wymyślność..
1) student jest głodny.
Więc biegnie do najbliższego caritasu, ali baby, chłopskiego jadła, czy lokalnej studenckiej kantyny. Hmm.. bogaty student. Bardziej zaprawionym w boju wystarczą suche bułki (nierzadko mogące posłużyć do wbijania w ścianę gwoździ lub zadania śmiertelnego ciosu w głowę niczego nieświadomemu napastnikowi), czy chińskie zupki z Radomia (swoją drogą całkiem smaczne!). I w tym momencie kończy się granica między biednym a bogatym studentem, a w jej miejsce wchodzi student bez pieniędzy, ze złotą zasadą - na alkohol i papierosy (i pewnie jeszcze na ksero) - zawsze coś się znajdzie, na jedzenie - już nie.
Widzieliście kiedyś studenta w centrum miasta, zwykle na szlaku handlowym, tudzież na rynku, grającego na gitarze? Ha - pewnie, powie niejeden. A czy widzieliście żeby który zbierał na jedzenie? Ha! (i to mówię ja). Nie nie nie, student nie marnuje czasu na takie błahostki, lecz od razu przechodzi do akcji! Leci do najbliższego super, albo lepiej hiper, -marketu na podryw. Nie, nie na podryw kobitek, na podryw jedzenia. Tak, miłe panie, nie dajcie się zjeść, tfu, tzn. zwieść, jeżeli akurat dziwnym trafem dorabiacie na promocji, oferując świeże produkty spożywcze i podchodzi do was wysoki, acz wychudzony mężczyzna (rasowy student!), zagadując przyjemny głosem i nie gorszym słowem, to na pewno NIE chodzi mu o was. W sytuacji kryzysowej dla takiego stanowicie jedynie dodatek, niezbędny do obwąchania, aby później go olać, zgarniając łupy z podległego terytorium.
Kontynuując - hipermarket to prawdziwa oaza szczęśliwości spragnionego i zarazem niebo w gębie dla wygłodniałego, wychodzącego na żer studenta. Ster na lewo - super blondyna z serkiem pleśniowym; na prawo za burtą - urocza brunetka z kiełbachą ślaską; 180 stopni dookoła własnej osi - degustacja świeżych kajzerek pod okiem... cholera... łysego spoconego grubasa -.-' Ale czego się nie robi dla miłości (do jedzenia)!
cdn.
Student z zasady jest istotą stworzoną na podobieństwo biedaka. Ba, zwykle niczym od niego się nie odróżnia, poza większą kreatywnością, wymyślnością - jeśli chodzi o sposoby na przetrwanie, no i rzadko kiedy pałęta się w worku po ziemniakach. Ale przyjrzyjmy się w czym ta wymyślność..
1) student jest głodny.
Więc biegnie do najbliższego caritasu, ali baby, chłopskiego jadła, czy lokalnej studenckiej kantyny. Hmm.. bogaty student. Bardziej zaprawionym w boju wystarczą suche bułki (nierzadko mogące posłużyć do wbijania w ścianę gwoździ lub zadania śmiertelnego ciosu w głowę niczego nieświadomemu napastnikowi), czy chińskie zupki z Radomia (swoją drogą całkiem smaczne!). I w tym momencie kończy się granica między biednym a bogatym studentem, a w jej miejsce wchodzi student bez pieniędzy, ze złotą zasadą - na alkohol i papierosy (i pewnie jeszcze na ksero) - zawsze coś się znajdzie, na jedzenie - już nie.
Widzieliście kiedyś studenta w centrum miasta, zwykle na szlaku handlowym, tudzież na rynku, grającego na gitarze? Ha - pewnie, powie niejeden. A czy widzieliście żeby który zbierał na jedzenie? Ha! (i to mówię ja). Nie nie nie, student nie marnuje czasu na takie błahostki, lecz od razu przechodzi do akcji! Leci do najbliższego super, albo lepiej hiper, -marketu na podryw. Nie, nie na podryw kobitek, na podryw jedzenia. Tak, miłe panie, nie dajcie się zjeść, tfu, tzn. zwieść, jeżeli akurat dziwnym trafem dorabiacie na promocji, oferując świeże produkty spożywcze i podchodzi do was wysoki, acz wychudzony mężczyzna (rasowy student!), zagadując przyjemny głosem i nie gorszym słowem, to na pewno NIE chodzi mu o was. W sytuacji kryzysowej dla takiego stanowicie jedynie dodatek, niezbędny do obwąchania, aby później go olać, zgarniając łupy z podległego terytorium.
Kontynuując - hipermarket to prawdziwa oaza szczęśliwości spragnionego i zarazem niebo w gębie dla wygłodniałego, wychodzącego na żer studenta. Ster na lewo - super blondyna z serkiem pleśniowym; na prawo za burtą - urocza brunetka z kiełbachą ślaską; 180 stopni dookoła własnej osi - degustacja świeżych kajzerek pod okiem... cholera... łysego spoconego grubasa -.-' Ale czego się nie robi dla miłości (do jedzenia)!
cdn.
poniedziałek, 2 marca 2009
po polsku, słowem kończąc
Czyli część druga i ostatnia. W czerwcu roku ubiegłego, przy wizycie na polskich terenach, w orszaku dziadostwa [wbrew pozorom z pełnym w braku tego słowa szacunku], niemieckie slogany dały się odczytać.
W niespełna pół roku później znów w te strony zawitałem. Też z orszakiem, nie z dziadkowskim, lecz z żałobnym [po części dziadczynym].
Tylko ludzie głupi, nie wiadomo czemu, lamentują w stronę niebios. Przecież śmierć to przejście do lepszego świata, ukojenie, spokój, radość, szczęście i 'wszechwieczna' (?) bytność. Widać sami w to nie wierzą. Krucha jest egoistyczna wiara.
Wówczas spokój taki miałem, reszta [ludzi] była marna.
Tak jakbym był martwy.
Wiarą zwą li to?
W niespełna pół roku później znów w te strony zawitałem. Też z orszakiem, nie z dziadkowskim, lecz z żałobnym [po części dziadczynym].
Tylko ludzie głupi, nie wiadomo czemu, lamentują w stronę niebios. Przecież śmierć to przejście do lepszego świata, ukojenie, spokój, radość, szczęście i 'wszechwieczna' (?) bytność. Widać sami w to nie wierzą. Krucha jest egoistyczna wiara.
Wówczas spokój taki miałem, reszta [ludzi] była marna.
Tak jakbym był martwy.
Wiarą zwą li to?
Subskrybuj:
Posty (Atom)