niedziela, 24 maja 2009

SSP cz. 2

Dzisiaj trochę o recyklingu.

Jako palacz doskonale rozumiem zjawisko głodu nikotynowego. I jako palacz doskonale rozumiem dreszcze ogarniające ciało i nieodpartą chęć zrobienia wszystkiego, żeby tylko zapalić. Póki co przyjrzyjmy się cenom rynkowym dotleniaczy raka:

- średnia cena paczki na dzień dzisiejszy - 7-8 zł, mowa tu o półce niższej, w której występują m.in. viceroy'e, tigery etc. etc.
- najtańsze pety - ok. 6zł (Nexty a fuj, Paramounty - klasowo coś jak viceroy)

Produkcja domowa - dotychczas - worek przyzwoitego tytoniu 250g + gilzy 250 sztuk - niecałe 40zł, odpowiednik ok. 12 paczek, czyli niecałe 4zł za paczkę. Tytoń podrożał dwukrotnie w ostatnim miesiącu, więc o tym rozwiązaniu można zapomnieć.

Do rzeczy - masz nieodpartą pokusę zapalenia, 2zł w kieszeni i żadnego kiosku sprzedającego papierosy na sztuki. Można zapukać do pięknej sąsiadki i wysępić jednego. Ale ile razy? I w tym momencie załącza się kreatywność ekologicznego człowieka.

Wymagane składniki:
1. Kultura - nie rzucaj petów gdzie popadnie, lepiej zachować je na czarną godzinę (o ile nie jarasz do gwizdka). Tym sposobem zyskujesz dodatkowe miligramy tytoniu i nie wkurwiasz greenpeace'owców.
2. Gilzy + maszynka do ubijania, albo zwykła kartka papieru (najlepiej herlitza).

Przepis:
Wydobywamy resztki tytoniu z gwizdków na czystą, równą powierzchnię. Ustawiamy ściechę i wsypujemy do maszynki/rurki skręconej z kartki papieru. I Voila!

Możemy rozkoszować się ostrym tytoniem, kopiącym po bani.

Do następnego.

czwartek, 12 marca 2009

Studencka Szkoła Przetrwania 1

Czyli w skrócie SSP.
Student z zasady jest istotą stworzoną na podobieństwo biedaka. Ba, zwykle niczym od niego się nie odróżnia, poza większą kreatywnością, wymyślnością - jeśli chodzi o sposoby na przetrwanie, no i rzadko kiedy pałęta się w worku po ziemniakach. Ale przyjrzyjmy się w czym ta wymyślność..

1) student jest głodny.
Więc biegnie do najbliższego caritasu, ali baby, chłopskiego jadła, czy lokalnej studenckiej kantyny. Hmm.. bogaty student. Bardziej zaprawionym w boju wystarczą suche bułki (nierzadko mogące posłużyć do wbijania w ścianę gwoździ lub zadania śmiertelnego ciosu w głowę niczego nieświadomemu napastnikowi), czy chińskie zupki z Radomia (swoją drogą całkiem smaczne!). I w tym momencie kończy się granica między biednym a bogatym studentem, a w jej miejsce wchodzi student bez pieniędzy, ze złotą zasadą - na alkohol i papierosy (i pewnie jeszcze na ksero) - zawsze coś się znajdzie, na jedzenie - już nie.

Widzieliście kiedyś studenta w centrum miasta, zwykle na szlaku handlowym, tudzież na rynku, grającego na gitarze? Ha - pewnie, powie niejeden. A czy widzieliście żeby który zbierał na jedzenie? Ha! (i to mówię ja). Nie nie nie, student nie marnuje czasu na takie błahostki, lecz od razu przechodzi do akcji! Leci do najbliższego super, albo lepiej hiper, -marketu na podryw. Nie, nie na podryw kobitek, na podryw jedzenia. Tak, miłe panie, nie dajcie się zjeść, tfu, tzn. zwieść, jeżeli akurat dziwnym trafem dorabiacie na promocji, oferując świeże produkty spożywcze i podchodzi do was wysoki, acz wychudzony mężczyzna (rasowy student!), zagadując przyjemny głosem i nie gorszym słowem, to na pewno NIE chodzi mu o was. W sytuacji kryzysowej dla takiego stanowicie jedynie dodatek, niezbędny do obwąchania, aby później go olać, zgarniając łupy z podległego terytorium.

Kontynuując - hipermarket to prawdziwa oaza szczęśliwości spragnionego i zarazem niebo w gębie dla wygłodniałego, wychodzącego na żer studenta. Ster na lewo - super blondyna z serkiem pleśniowym; na prawo za burtą - urocza brunetka z kiełbachą ślaską; 180 stopni dookoła własnej osi - degustacja świeżych kajzerek pod okiem... cholera... łysego spoconego grubasa -.-' Ale czego się nie robi dla miłości (do jedzenia)!

cdn.

poniedziałek, 2 marca 2009

po polsku, słowem kończąc

Czyli część druga i ostatnia. W czerwcu roku ubiegłego, przy wizycie na polskich terenach, w orszaku dziadostwa [wbrew pozorom z pełnym w braku tego słowa szacunku], niemieckie slogany dały się odczytać.

W niespełna pół roku później znów w te strony zawitałem. Też z orszakiem, nie z dziadkowskim, lecz z żałobnym [po części dziadczynym].

Tylko ludzie głupi, nie wiadomo czemu, lamentują w stronę niebios. Przecież śmierć to przejście do lepszego świata, ukojenie, spokój, radość, szczęście i 'wszechwieczna' (?) bytność. Widać sami w to nie wierzą. Krucha jest egoistyczna wiara.

Wówczas spokój taki miałem, reszta [ludzi] była marna.
Tak jakbym był martwy.

Wiarą zwą li to?

psikusy

Sesja sesją, człowiek traci kontakt z rzeczywistością. Sesja poprawkowa, sesją poprawkową, człowiek dochodzi do siebie przy odrobinie wspomagaczy (ah te żakowskie kurewstwo).

Jedna story. Catch up Istanbuldan, podróż pesteczką. Paskudna kurtka z jeszcze bardziej paskudnymi ściągaczami. Wysiadasz na Szymanowskiego. Ot, jak się okazuje dzięki ściągaczom nie wysiadasz na szymanowskiego, bo nie możesz oderwać dupska od siedzenia. What a pity.

Pół biedy.

Druga story. Student po angielsku wymyka się z wykładu w przerwie między jedną a drugą częścią. W drodze ewakuacji organizm daje się we znaki, a natura wzywa. Takoż odziany w strój podróżny zasiada na tronie w królestwie wc. Wielka ulga (niczym u Leonidasa rżnącego bóg wie kogo niczym czarny pokost w dżungli potępienia |adnotacja: właściwie była to dżungla czegoś innego, ale trudno spamiętać fragment notatek z pierwszej strony zeszytu od polskiego z drugiej klasy liceum|). Anyway, po wiadomym odprężeniu, student wstaje i... właśnie nie wstaje. Wiadomy ściągacz ściąga dupę do parteru (shit, już wiemy czemu ściągacz!), po szybkim rekonesansie terytorialnych pułapek w postaci deski klozetowej, uwolniony (wolność! słowo zacne) ucieka, niczym olympijski biegacz. Wylatuje z gmachu głównego. Coś o udo haczy, coś uwiera, niczym ciernie drące skórę bladą. Ot! Ci fancik na ściągaczu wiezie! Przez pół miasta, tuż u boku swego niczym giermka przy rycerskim łonie. Żak li zgarnął... wc-towską kostkę :D

Happy end.
Happy endu nie ma. Rytualnym ciosem, obrzeza swój żakiet. Nie ma miejsca dla ściągaczy i niewiernych partii.

poniedziałek, 26 stycznia 2009

Wstępniak do sesji

"W tym roku sesja znowu zaskoczyła studentów"
Ciekawe stwierdzenie. Nie tylko zaskoczyła, ale też dopadła i już zaczęła wysysać energię. Bo który normalny człowiek wstaje o 4 rano, żeby kontynuować pracę nad projektem albo wkuwać do kolokwium ostatniej szansy? Nie patrzeć na mnie; ja wstałem tak wcześnie bo sesja zamieszała mi w głowie. Totalne przestawienie czasu (które swoją drogą, V być może objawia się w wersji przedstawionej przez Ciebie, tylko wtedy moja teoria ległaby w gruzach ^^')

Sesja zimowa. Kto to wymyślił. Jeszcze pamiętam piękne czasy, kiedy można było się opierdalać przez bity rok, aż do czerwca, gdzie dopiero startowały egzaminy. A tu surprise, styczeń dobiega końca i już trzeba przebudzić się ze snu zimowego, i to bynajmniej nie po to aby przywitać wiosnę.

Ostatnie tygodnie wolności. Służą studentom aby zmarnować resztki czasu na kolejne libacje, na których obmyślają strategię, dzięki której przemkną niepostrzeżeni na kolejny semestr. Wkuwać regularnie, po trochu, czy wszystko na raz w końskiej dawce? Zwykle obmyślanie strategii przebiega w czasie, w którym nie pozostają żadne inne opcje, niż rżnięcie na ostatnią minutę. A i spalanie w trybie miejskim wówczas wzrasta. Pół biedy jeśli jedynym środkiem dopingującym jest kawa i glukoza w postaci czekolady, pierwszą można pożyczyć od sąsiada (jeśli takowy istnieje), drugą zaś nabyć w ekspresowym centrum dotowania czekoladą - RCKiK. Nikotyna, rozładowująca stres i alkohol pobudzający mózg do kreatywnego myślenia, to już nie są tanie zabawki. A podobno 90% odkrywczych prac nie powstaje na czyściocha (i jak tu się dziwić?). Dochodzimy do punktu zwrotnego w historii, gdzie żacy paradoksalnie tępią swoje szare komórki, aby wydusić z nich jak najwięcej.

_______________________________________
W ogóle kto pisze takie gnioty w środku nocy?! :]