Po sporej nieobecności, spowodowanej oszczędzaniem energii w letnim cyklu czasowym, wracam ze zdwojoną siłą, aby obwieścić wam dobrą nowinę! Od dzisiaj śpimy o godzinę dłużej. I na tym koniec dobrych nowin, wzamian sięgnie nas co najwyżej lawina paskudnych następstw. Zmiana czasu, po angielskiemu zgrabnie DST, rozwijając skrót wszystko ładnie tłumaczy - Daylight Saving Time - czyli rzekomo okres wyłapywania słonkowych promieni. Zastanawia mnie, w jaki sposób wykorzystujemy te słonkowe promienie o tej porze roku - dajmy na to słońce zachodzi o godzinie 17, po zmianie czasu o godzinie 16; ergo godzinę wcześniej startuje przyświecanie sztuczne, funkcjonując zarazem godzinę dłużej (przecież rano, jak porządny człowiek wstaje do pracy nadal musi świecić w domu, bo słońca wciąż nie widać).
I byłbym dodał coś jeszcze, gdyby nie Eureka! Najwyraźniej o to chodzi! To save - oszczędzać, tzn. po polsku ograniczać popołudniową dawkę słońca... no tak, jak mogłem na to nie wpaść wcześniej...
niedziela, 26 października 2008
Subskrybuj:
Posty (Atom)